A Conspiração dos Antepassados
tytuł tłumaczenia:
Konspiracja przodków: prolog
isbn:
9789896370091
autor:
David Soares
redaktor:
Teresa Leśniak
wydawca:
Saída de emergência
tlumacz:
Jakub Jankowski
tłumaczenie:
Nie ma horyzontu, który by oddzielał bezgwiezdne niebo od czarnego oceanu, lecz rybacy znają to okrutne terytorium równie dobrze jak swoje twarze. Wiatr prześladuje mętne przypływy i rozsiewa ziarenka piasku z plaży, posypując nimi jak pieprzem pianę wytworzoną przez fale: dziki deser z krzemionki i soli. Oddech rybaków ma zapach spalonego drewna. Czują agresję, są zawsze gwałtowni. Ciągną małe łódki do wody. Wikariusz obserwuje ich, siedząc na wydmie.
Nabiera garść piasku. Jest zimny i barwi skórę na czarno. Mężczyzna kieruje wzrok w stronę grupki rybaków i spostrzega, że wskazują wielką rybę uwięzioną na płyciźnie. Często się zdarza, że wielkie ryby leżą tam przez długi czas, aż rybacy usłyszą ich lament i pobiegną do swoich łodzi. Płacz ten rozlega się jak syrena, jak róg myśliwego, na którym gra sama zwierzyna. Wikariusz otwiera dłoń i uwalnia ziarenka piasku. Wiatr wysysa je i zabiera daleko; lecz bez światła, wszystkie miejsca są daleko. Wilgoć piasku pozostawia na dłoni brudny ślad, który wygląda jak podpis. Przygląda mu się kilka chwil i zmazuje, wycierając rękę o tunikę. Tą samą ręką poprawia jasne włosy, nastroszone przez ruch powietrza. Jak się właściwie nazywa ten wiatr?
Ryba potrząsa pyskiem ponad wodą, wyczuwa wrogość, wie, że ktoś się zbliża. Czuje strach i płacze jeszcze głośniej. W zatoczce rybacy, zaalarmowani przejmującym kwileniem, wskakują do łódek i chwytają za wiosła. Nie ma światła, ale oni nie muszą widzieć. Nasłuchują i węszą. Wszystko pachnie skałą, grupa wiosłuje w ciszy, prowadzona dźwiękami wydawanymi przez przerażone zwierzę. Lament odbija się w labiryncie stworzonym przez ostre grzbiety, które rozdzierają powierzchnię oceanu; echa, które się niosą, są jak wibrujące duchy drażniące wodę.
Wikariusz wstaje, żeby lepiej widzieć, co się dzieje, i schodzi na plażę. Ślady, które pozostawia na piasku, lśnią, zanim ponownie najdą wilgocią; w oddali migoczą purpurowe błyski, niby pozostałości po kolizji dwóch galaktyk. Przypomina sobie, jak rybacy nazywają wiatr, który przemierza całą sferę nieba i oceanu, aby rozrzucać czarne ziarenka piasku: Wielki Pocieszyciel! Ten strumień jest zawsze w ruchu; musi być akuszerem sekretnych rzeczy. Nazywają go Wielkim Pocieszycielem, bo jest wiatrem nadziei. Nadziei, że za ciemnością stworzoną przez ocean i niebo istnieje promieniujący horyzont. Nadzieja.
Ta plaża, sceneria refleksów, kryje nadzieję. A w zasadzie uprawia ją! Jeden z rybaków wznosi ramię i wbija harpun w grzbiet neurastenicznego zwierzęcia.
Zbliżają się do ryby. Na stojąco, niesieni przez wodę gęstą jak miód, zręcznie balansują i robią użytek z harpunów; poplamione drewno jęczy pod ciężarem, ale nie ustępuje. Strumienie czarnej krwi pachnącej owocem granatu wydobywają się z miejsc na grzbiecie, których sięgają uderzenia, ryba zwraca głowę w kierunku plaży. Wikariusz, który krzyżuje ręce na piersi, żeby się ogrzać, jest adresatem tego bezgłośnego wołania o pomoc.
Oko bez powieki widzi wszystko i odtwarza pomarszczoną panoramę wokół, zmieniając sylwetkę człowieka w delikatne pociągnięcie pędzlem. Ryba zanurza łeb, a harpun podąża za nim: zwierzę powraca na powierzchnię oślepione. W drugiej grupie rybaków, na plaży, panuje poruszenie. Harpunnicy siadają, czekają, aż ryba porzuci duszę. Wikariusz przygląda się długim klingom, za które chwytają rybacy z plaży. Są wyjątkowe: czarne, o nieregularnym kształcie, zakończone grubym ostrzem. Uderzają rękojeściami w piach, niecierpliwi, łapiąc powietrze i kiwając głowami; zgrzytają zębami. Ten dźwięk przypomina mu cykady. Nie! Cykady nie. Nocne zawodzenia modliszki! Krzywi się i spluwa. Śmiertelnie boi się tych owadów. Spogląda na ocean; wiatr owiewa mu twarz, a zimno wyciska łzy. Łodzie wracają na plażę, wyciągając rybę z wody; powoli, jak igłę pławiącą się w strumieniu krwi.
Zwinnie wychodzą z łodzi i z pomocą drugiej grupy wloką rybę. Wszystkie ręce chwytają za liny. Ryba jest bardzo ciężka. Obojętny na zamieszanie, Wikariusz siada na piasku i czeka, aż przyniosą zdobycz. Język rybaków jest w większości niezrozumiały; w rzeczy samej ich wokalizacje nie należą do żadnego języka, oni komunikują się w inny sposób. Ich przedmioty kultu, wyrzeźbione w kościach schwytanych ryb, bardzo różnią się od narzędzi wyciosanych ze skały: są delikatne i opływowe. Są bardzo biegli w obróbce surowej skały i niczego nie marnują. Mają sposoby na przerabianie staroci w kamienie kubiczne. Muszą być zręczni, żeby przeżyć w tym miejscu, lenistwo jest jak morze: pochłania.
Ktoś rzuca linę i biegiem oddala się w kierunku obozowiska, znika za wydmami. Wraca z kolejną grupą rybaków; nowo przybyli mistrzowie mieszają się z towarzyszami i uczniami. Chwytają poplamioną linę i mocno naprężają ramiona, wykonując sekretne i dokładne ruchy. Ryba przesuwa się szybko, a piasek ustępuje pod jej ciężarem, jakby plaża była z wosku.
Pociągają jeszcze raz i zatrzymują się, aby odpocząć. Rozpoznają siedzącego na piasku człowieka o żółtej brodzie. Już się przyzwyczaili do jego obecności; nie podchodzą, nie odwracają się do niego plecami; zachowują ostrożność. To obcy, przybyły z morza jak ryby – profan: przyglądają mu się badawczo. Niech sam podejdzie, jeśli chce się uczyć. Z pyskiem pełnym piasku ryba wyrzuca z siebie życie; blaszki skrzelowe zastygają, cały ruch ustaje podczas sublimacji ducha. Nagły wiatr pobudza rybaków do pracy. Mocno napinają liny, wyobrażając sobie płonącą gwiazdę tam, gdzie leży ryba.
Pradawny rytuał, podczas którego rozdzierają i dzielą mięso, wykonują mechanicznie. Każdy rybak przyjmuje niewygodną pozycję i mieczem obrabia zwierzę. Tylko dwóch nie bierze w tym udziału: czekają, obserwują, wsparci na narzędziach. Ostrza o długich rękojeściach tną rybę od góry do dołu, przecinają kości i tkanki. Czarna krew ma ten sam odcień co ziarnka piasku; wchłaniana przez ziemię tak szybko, że nawet nie zdąży zabrudzić ich gołych stóp. Za pomocą niewygładzonych młotków wyciosanych ze skały rybacy wbijają w rybę głownie z haczykami i ciągną: płaty mięsa, które ustępują pod ciosem, opadają, a rybie flaki wylewają się na zewnątrz. Rybacy odsuwają się; jeden z obserwatorów zbliża się do wnętrzności i sonduje je rękojeścią. Przyłącza się drugi i pomaga mu. Wikariusz siedzi w niewielkiej odległości od gromady, pochyla się i wytęża wzrok. Wstrzymuje oddech. Pierwszy i drugi obserwator kiwają głowami; na ten sygnał pozostali rzucają się z ostrzami na wnętrzności. Zawiedziony, zamyka oczy i oddycha głęboko; niespodziewany krzyk jeży mu włosy na głowie.
Rybacy odsuwają się i obserwują ruch we wnętrznościach, które się skręcają i protestują. Po erupcji w mięsie pęka warstwa żylna i pojawia się białe ramię. Ręka porusza długimi palcami, szukając punktu zaczepienia; wygląda jak pająk albinos. Starzec wstaje i biegnie w kierunku rozrzuconych na piachu wnętrzności.
Chwyta niespokojne ramię i bada. To prawa ręka. Puszcza ją, bez wahania pada na kolana, aby rozerwać palcami białą błonę, która skrywa resztę ciała. Odkrywa drugie ramię i porównuje lewą rękę z prawą: też ma długie palce, ale jest dużo mniejsza. Uśmiecha się z zakłopotaniem i zanurza ręce we flakach, aby wydobyć tors człowieka ukrytego w brzuchu ryby. Rybacy bez ruchu obserwują go, kiedy ratuje młodzieńca o blond włosach.
Jego ciało jest jak dwukolorowa mozaika, kafelki jasnej skóry i ciemnej krwi. Wikariusz odciąga go tam, gdzie siedział, i brzegiem peleryny ociera mu okrągłą twarz pokrytą piegami. Blond włosy są prawie białe, małe wargi zaciśnięte. Człowiek wkłada chłopcu w usta dwa palce i wydobywa kłębek organicznej substancji. Zimne powietrze zajmuje miejsce bezoaru i budzi młodzieńca jak wstrzyknięcie lodu. Kaszle, siada i spostrzega klęczącego przed nim Wikariusza. Za nimi rybacy wracają do przerwanego zajęcia i rozczłonkowują ciało ryby.